sokolowski2 Andrzej Sokołowski (ur. 1941 r.) – w lipcu 1980 r. członek Komitetu Założycielskiego NSZZ „Solidarność” i członek prezydium MKZ, po wyborach v-ce przewodniczący „Solidarności” WSK PZL – Świdnik. W WSK organizował Komitet Strajkowy, którym kierował aż do pacyfikacji zakładu. Współpracował z wydawnictwem Grot i Radiem Solidarność Świdnik. Wielokrotnie zatrzymywany, w 1984 r. osadzony na kilka miesięcy w areszcie na Rakowieckiej w Warszawie. W 1990 r. na czele Komitetu Obywatelskiego w Świdniku, który organizował pierwsze wybory samorządowe zakończone zdobyciem wszystkich 28 mandatów przez komitet.

 

Minęło 35 lat od wprowadzenia stanu wojennego. Szczególnie dla młodego pokolenia to czas nieznany, a często niezrozumiały. Co przyniósł dzień 13 grudnia i jak zmienił historię? Zapytaliśmy o to Andrzeja Sokołowskiego.

Byłem wówczas wiceprzewodniczącym Komisji Zakładowej WSK Świdnik do spraw organizacyjnych. Na kilka miesięcy, przed 13 grudnia mieliśmy przeczucie, że coś się stanie. Dlatego stan wojenny nas nie zaskoczył, jedynie jego forma. Myśmy się do tego przygotowywali. Wcześniej zorganizowaliśmy tzw. straże robotnicze. Tym się zajął śp. Leszek Świderski na polecenie przewodniczącego Zbigniewa Puczka. On organizował ludzi, których zadaniem było zabezpieczenie zakładu w momencie jakiegoś ataku. Dlatego 13 grudnia, już o godzinie 4 rano, do zakładu przyszli ludzie, m.in. ci obudzeni przez sąsiadów np. Puczka, panią Zosię Bartkiewicz, Bondosa itd. Moja żona też chodziła po ludziach mówiąc, żeby szli do zakładu. Podobnie robił tej nocy Leszek Świderski z pomocą Bronisława Sołka, dlatego już o godzinie 8, w niedzielę powstał komitet strajkowy. W innych zakładach nikt nawet o tym nie myślał. Byliśmy jednym z nielicznych, a może jedynym w Polsce zakładem, który już w niedzielę rano strajkował.

Ile osób udało się zebrać tego dnia?

Tego dnia, o godzinie 8 zebrało się tysiąc osób, a już we wtorek było nas 6531 osób, na 9 tysięcy zatrudnionych w zakładzie! Trzeba zaznaczyć, że nie było tam kobiet, bo komitet podjął decyzję, żeby nie strajkowały. To był strajk okupacyjny, czyli taki, w którym komitet strajkowy bierze cały zakład we władanie. Przejęliśmy zatem radiowęzeł i straż przemysłową. Bramy były już w niedzielę zabarykadowane i pilnowane. Jako komitet strajkowy mieliśmy nad zakładem pełną kontrolę.

Jaka była atmosfera tych pierwszych chwil strajku?

Atmosfera była dobra. Myśmy się z dyrektorem Janem Czogałą dobrze dogadywali. Oczywiście były sprzeczki. Panowała atmosfera takiego „nerwu”, że to my chcieliśmy dobrze, również dla zakładu, żeby pracować, a „oni” naszych ludzi zamykają. Więc czuło się atmosferę złości, ale kontrolowanej, by nie dopuścić do wybuchu agresji. Przykładowo, kierownik jednego z wydziałów do mnie przyszedł i powiedział, że był czołgistą, że wie, jak to wszystko przygotować. W ostrych słowach powiedziałem mu, że jeżeli jeszcze raz coś takiego powie, to go wyrzucę z zakładu i to będzie jego koniec uczestnictwa w tym strajku.

Bo byłoby to odebrane, jako prowokacja i polałaby się krew?

Ależ oczywiście, jestem o tym w stu procentach przekonany! Tak by było, gdyby strajk nie odbywał się w umiarkowany sposób. Tym bardziej, że już o godzinie 11 w niedzielę wylądowały 2 pierwsze śmigłowce z oficerami. Ci ludzie sami byli zaskoczeni, ubrani w galowe garnitury, eleganckie buciki, a na zewnątrz kilkanaście stopni mrozu. Jeden mówi, że był na zabawie, drugi że u kolegi na prywatce, trzeci… prawie wszyscy pijani, jeden praktycznie w sztok. Przylecieli przejąć zakład, a myśmy im wytłumaczyli, że nie mają żadnych szans. Umieściliśmy ich na basenie, tam taki hotelik był, a potem o godzinie 13 wylądowało 12 śmigłowców z wojskiem. Uzbrojeni po zęby. Zebraliśmy ludzi na lotnisku, pół komitetu poszło z dyrektorem, a tu pułkownik z pistoletem w ręku nam macha, że on musi wejść i przejąć zakład, inaczej użyje broni. To było dla nas świadectwo, że dzieje się rzecz niezwykła. Skoro oni wysyłają wojsko do zakładu, to nie będzie tak lekko. W końcu nawet ten oficer zrozumiał, że tu nie ma o czym rozmawiać i dali sobie spokój.

Czy miał Pan wrażenie, że ci żołnierze byli ludźmi oddanymi władzy?

Nie, to byli zwykli żołnierze czynnej służby, biedacy sami nie wiedzieli, co się z nimi dzieje. Częstowaliśmy ich herbatą i jedzeniem, potraktowaliśmy ich po prostu jak ludzi. Z wtorku na środę, to oni powiedzieli nam, że o 11 wieczorem będzie atak na zakład. Atmosfera była napięta. Każdy członek komitetu strajkowego miał wyznaczone zadania i wiedział, co ma robić. Baliśmy się prowokacji. Na zewnątrz  było 30 – 40 śmigłowców i gdyby coś im się stało, to wina byłaby zrzucona na załogę. Dlatego ich pilnowaliśmy, a żołnierze pilnowali swoich.

Jak wyglądał koniec strajku?

Pacyfikacja rozpoczęła się 16 grudnia o godzinie 23. Czołgi rozbiły w 7 miejscach mur wokół zakładu, zomowcy rzucili dużo petard, gazu łzawiącego, a później była walka. Myśmy normalnie walczyli, ludzie łapali petardy i odrzucali w stronę zomowców. Tak było przez 4 godziny. Potem nastąpił atak ZOMO od strony lotniska, który miał rozdzielić załogę na halę 1 i halę 2. Widziałem jak oficer walił zomowców pałką po plecach, bo oni się bali się iść do nas. Chłopaki od nas krzyczeli- „No chodźcie, chodźcie, to zobaczycie!” i tam się nastawiali do nich. Po tych 4 godzinach poleciała pierwsza seria z ostrej amunicji. Byłem wtedy obok hali nr 1 i do dziś mam przed oczami, jak zleciał na mnie kawałek gzymsu odłupany przez ostrzał. Ludzie zaczęli uciekać i się tratować. Stanąłem wtedy na palcach i patrzyłem, czy nie ma zabitych.  Później poszła kolejna seria, w stronę biurowca, po drzewach. Myśmy to widzieli, bo to była amunicja świetlna. Potem trzecia… wtedy powiedziałem do śp. Józka Kępskiego i reszty załogi: „Słuchajcie, to już jest koniec. Bo teraz te serie to już pójdą w nas”. Nagle ludzie wyskoczyli i ze złością krzyczeli- „Wy bandyci!”. Myślałem, że zaczną strzelać, ale oni uciekli i udało się ich wypchnąć za bramę.

Zaznaczam, że mogliśmy się bronić. W zakładzie było 5 tysięcy masek gazowych, mieliśmy też dostęp do broni straży przemysłowej. Jeden z pilotów zaoferował nawet, że mogą ze śmigłowców zrzucić na zomowców butle z kwasem siarkowym i benzyną. Powiedziałem, że gdyby zaszła taka konieczność, to tylko ja osobiście mogę o tym zdecydować. Ale co by się stało z ludźmi gdybyśmy ich zaatakowali? Czy Jaruzelski nie przysłałby bombowców i nie zrównał wszystkiego z ziemią? W końcu musieliśmy opuścić zakład, bo zaczęli używać gazu łzawiącego na wielką skalę. Kilkaset osób z hali nr 1stanęło w ogromnym kole. Zaczęliśmy wtedy śpiewać różne pieśni, m.in. i „Międzynarodówkę”. Jak myśmy śpiewali, to oni przestawali rzucać, jak przestawaliśmy to oni znowu strzelali gazem. W końcu tyle było tego gazu, że ludzie nie wytrzymali. Wyszliśmy i zobaczyliśmy  szpaler wojska ciągnący się, aż do przejścia podziemnego. Ludzie pytali: „Andrzej, co robimy?”. A ja na to, że jutro nie przychodzimy do pracy, do domu nie wracam, muszę się ukryć. Dopiero 9 miesięcy później, we wrześniu 1982 się ujawniłem.

Skąd ta decyzja?

To była decyzja SB, która skontaktowała się z mecenasem Przeciechowskim i dała mu listę ponad 30 osób, które ukrywały się w naszym regionie. Odpowiedziałem, że się ujawnię, ale bez żadnych warunków. Najpierw chcieli, żebym to zrobił przed 31 sierpnia, ale odmówiłem, to powiedzieli, że mnie złapią. A ja na to, że proszę bardzo, już mnie łapią 9 miesięcy i nie mogą złapać. W końcu przyszła wiadomość, że godzą się na moje warunki.

Jak wyglądała wtedy pomoc dla was i waszych rodzin? Przecież nie mieliście pracy, a trzeba było jakoś funkcjonować. Ostatnio Jan Kondrak napisał w internecie:  „Dziękuję we własnym imieniu Panu Józefowi Piniorowi na pomoc pieniężną dla licznych obywateli mojego miasta, Świdnika, wyrzuconych z pracy w WSK, w stanie wojennym. To była wielka sprawa. Robię to, gdyż podejrzewam, że nikt tego nie zrobi, bo obdarowani wówczas mają dziś związane ręce i usta zakneblowane sprawowaniem władzy, albo po prostu nie żyją już. Dzięki wielkie i do zobaczenia na wolności, choć wiemy, że areszt wydobywczy na ogół długo trwa. Jan Kondrak.”

Zanim odpowiem, to uzupełnię coś, czego Janek tutaj nie napisał. Byłem jedynym z naszego regionu człowiekiem, który wysłał poręczenie za Józka Piniora. Dlaczego? Za tę pomoc właśnie, którą udzielił nam region wrocławski, a szczególnie Józef Pinior. W dzień, kiedy go zamknęli, w nocy napisałem poręczenie i nie miałem nawet cienia wątpliwości, że trzeba to zrobić. Uważam, że takie poręczenie to powinien cały Świdnik wysłać, powinien to zrobić burmistrz miasta w imieniu mieszkańców. To byłby piękny gest Miasta Świdnika, no ale ja tego się nie spodziewałem i nie spodziewam.

Odnośnie pomocy. Kiedy rozbito zakład, a później wznowiono tam pracę, natychmiast ruszyła pomoc dla ludzi ukrywających się, czy aresztowanych, jak Leszek Graniczka, Józek Kępski, Stacho Pietruszewski – pierwsi, których zamknięto za organizację strajku. Na każdym wydziale stała puszka, czy czapka i było wiadomo, że to na pomoc. Ludzie brali wypłatę i wrzucali. Tak było do 13 maja. Nasz zakład, jako jeden z nielicznych w Polsce, odpowiedział na apel Zbyszka Bujaka i zastrajkował. W mniej niż godzinę zakład przestał pracować, a SB w tej furii zwolniła ponad 300 osób. Ci ludzie nigdzie nie mogli znaleźć pracy, zadbało o to SB. Wtedy na apel przez Radio Wolna Europa zaczęła płynąć pomoc ze wszystkich miast w Polsce. Wrocław przeznaczył wówczas na pomoc dla Świdnika milion złotych, z tych słynnych 80-ciu, które wyprowadził Pinior z banku. Pieniądze przekazano przez Episkopat i dlatego w Świdniku wielu ludzie nie wie, że to były pieniądze od Piniora. W okrągłym kościele była rozdzielana pomoc. Nikt nie mówił, że to pieniądze z Wrocławia, bo o tym mówić nie można było. Później Władek Frasyniuk mi mówił, że z inicjatywą wyszedł właśnie Pinior, żeby przekazać ten milion do Świdnika za pośrednictwem biskupów.

Skąd pewność, że Pinior zasługuje na poręczenie, przecież są ludzie, którzy zeszli na złą drogę?

Znam go osobiście, był u mnie w domu, był w Świdniku na poświęceniu Dzwonu Wolności. To jedno, a drugie to, że wydaje mi się nieprawdopodobne, by człowiek, który jest europosłem i zarabia 40 tysięcy miesięcznie połasił się na swoją jedną pensję. Gdyby chodziło o miliony, to mógłbym mieć wątpliwości. Jego aresztowanie, to w mojej ocenie walka z pierwszą Solidarnością, z symbolami i ludźmi, którzy stworzyli nam wolną Polskę. To nie pierwszy przypadek, przypominam atak na Wałęsę, co do którego sam jestem krytyczny. Gdy ja Wałęsę krytykowałem, to w Świdniku w latach 90-tych mnie odsądzano od czci i wiary, byłem wrogiem numer 1. Nie minęło półtora roku i ludzie, którzy mnie atakowali, to atakowali później Wałęsę. Mam do Wałęsy wielki szacunek, jako do przywódcy, wiem co zrobił, jak się zachował i wiem, że ci, co go teraz atakują w Świdniku, to nie wszyscy się zachowali przyzwoicie. W Świdniku są ludzie, którzy mają status pokrzywdzonego, a ja dzięki nim 6 miesięcy w „pierdlu” przesiedziałem. Gdy ich zamykano na 48 godzin,  mówili wszystko, co wiedzieli i obejmowani byli amnestią. Właśnie przez to ich dokumenty nigdy nie były włączone do agenturalności. Ja te wszystkie zeznania czytałem! Mam na papierze od prokuratora nazwiska ludzi, którzy na mnie donieśli. Przez nich siedziałem w więzieniu, a oni wszyscy mają dziś status pokrzywdzonego!

Później brał pan udział w tworzeniu samorządu, co jest sprawą powszechnie znaną…

Może komuś jest znaną, ale ubolewam, że władze Świdnika nigdy nie zrobiły jakiegokolwiek, choćby najmniejszego gestu, żeby podziękować ludziom, którzy stworzyli samorząd w mieście. Przecież można było przy jakiejś okazji zebrać cały Komitet Obywatelski i podziękować, powiedzieć po prostu: „Ci ludzie tworzyli samorząd”.

Ci, którzy z panem strajkowali, dziś i od lat są radnymi lub w inny sposób sprawują władzę…

I ja się temu dziwię, bo oni myślą, że wszystko wiedzą. Do śmierci będą radnymi, burmistrzami itd., a jeden z nich powiedział mi nawet: „Andrzej, ale ja mam drugą pensję…”.  Więc tu nie chodzi o działalność, tylko o drugą pensję.  A co z młodymi? Jak młodzież ma się nauczyć, iść w politykę, samorządność? Proszę spojrzeć na skład naszej rady, może jest trójka, czwórka młodych ludzi, a reszta to stare dziady, emeryty. Niech sobie jeżdżą na grzyby, a niech się nie zajmują radą. I apeluję do młodych ludzi ze Świdnika: zbliżają się wybory samorządowe. Weźcie się młodzi w garść i zmieńcie to! Tylko wy możecie trzymać samorząd tak, jak należy!

Od początku, jak spotykałem z prof. Stępniem i Rogulskim, wnosiłem też o ograniczoną kadencyjność wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Czy dwie, czy trzy kadencje, to niewielka różnica. Ale więcej to już jest kolesiostwo! Nie ma szans na prawidłową działalność samorządu bez zmian, demokracja polega na ciągłej zmianie! Dlatego nie byłem wielce zaskoczony wygraną PiS-u i początkowo nie uważałem, że stanie się jakaś tragedia. Mówiłem: „wygrali, to niech pokażą, jak się rządzi”. Ale skoro zaczęli państwo rozwalać, to powiedziałem „Nie”. Stąd moja przynależność do KOD-u i moje wystąpienia zawsze krytykujące obecną władzę. Podkreślam, nie za ich rządzenie, ale za niszczenie państwa demokratycznego!

Czy widzi pan w KOD-zie jakieś podobieństwa do pierwszej Solidarności?

Uczestniczę w marszach KOD-u, w Warszawie, Lublinie.  Podobna jest jedna rzecz: uśmiech na twarzach ludzi. Na tych demonstracjach idziemy, śmiejemy się, nikt nikogo nie wyzywa, nikt nikomu nie wypomina, że jest stąd czy stamtąd. Protestujemy, ale jednocześnie mamy uśmiech na twarzy. Dla mnie właśnie to jest z pierwszej Solidarności.

Czy jest według pana szansa, żeby ta Polska, która dziś krzyczy na siebie i się do siebie nie uśmiecha, jeszcze się kiedyś naprawiła? Chyba nie ma ludzi, którzy mają pomysł, jak zakopać ten rów dzielący Polaków…

Jest jedna możliwość, ale jest ona nie do zrealizowana. Jest to całkowite zejście ze sceny politycznej Kaczyńskiego i zejście ze sceny publicznej politycznego Radia Maryja i Telewizji Trwam. Powtarzam: w obecnym kształcie politycznego, bo nie jestem przeciwnikiem Radia Maryja. Niech ono będzie, ale niech będzie to katolickie radio i telewizja, a nie polityczne. Pod tymi dwoma warunkami, co jest nierealne, może w końcu w Polsce dojść, że zaczniemy ze sobą rozmawiać.

[WYWIAD AUTORYZOWANY]

red.

http://lsw24.pl/wp-content/uploads/2016/12/sokolowski3-1024x684.jpghttp://lsw24.pl/wp-content/uploads/2016/12/sokolowski3-300x300.jpgredAKTUALNOŚCI13 grudnia,1981,Andrzej Sokołowski,Józef Pinior,Solidarność,stan wojenny,strajk,woj. lubelskie,WSK Świdnik
 Andrzej Sokołowski (ur. 1941 r.) - w lipcu 1980 r. członek Komitetu Założycielskiego NSZZ 'Solidarność' i członek prezydium MKZ, po wyborach v-ce przewodniczący 'Solidarności' WSK PZL - Świdnik. W WSK organizował Komitet Strajkowy, którym kierował aż do pacyfikacji zakładu. Współpracował z wydawnictwem Grot i Radiem Solidarność Świdnik. Wielokrotnie zatrzymywany,...